Relacja
Po miesiącach wyczekiwania, trudach kompletowania sprzętu, map i kanapek, po zdobyciu dewiz i odpowiednim przygotowaniu psychiki na ból i nadludzki wysiłek (tak szczerze to powinniśmy chyba przygotować nasze organizmy...;) trzyosobowa reprezentacja grupy Bajkers: Magda, Maciek i Staszek przedsięwzięli i sukcesem zwieńczyli wyprawę bicyklową Chorwacja 2006...
Galeria
Wstep
Wyprawa ta, jak zawsze, była inna niż wszystkie z wielu powodów. Po pierwsze większość czasu przed wyjazdem zajęło nam tworzenie strony, która została uruchomiona na kilka tygodni przed wyjazdem, a nie przygotowanie do podróży. Po drugie do końca nie było wiadomo w jakim pojedziemy składzie, a po trzecie powrót rysował się dość mgliście ...
Z jednej strony wszystko było wiec dokładnie zaplanowane, a z drugiej znaki zapytania dodawały smaczku i niepewności, dzięki czemu wyprawa od samego początku nabrała właściwego sobie klimatu.
Dzien 1
Wieliczka- Krasne Lasocice- Tymbark- Kamienica- Szczawnica/Lesnica- Toporec- Spisska Bela
Jako, że dzień pierwszy przynosi zawsze najwięcej problemów postanowiliśmy uczynić go najbardziej przewidywalnym i wcześniej przejechaliśmy mniej znane części trasy. Pewni swego spotkaliśmy się o 5:30 na pograniczu Biskupic i Sułowa (ok.. 400m n.p.m. oznacza po +/- 100 przewyższenia, w niektórych wypadkach szutrem i polami;). Robimy rytualne zdjęcie i ruszamy w dół do Gdowa. Po 38 kilometrach robimy pierwszy postój na górze w Krasnych Lasocicach (427 m n.p.m.). Tam też Staszek wsiadając na rower łamie częściowo kijek, na którym ma zawieszoną flagę Polski ;) Następne ciekawe rzeczy po drodze to przełęcz za Wilkowiskiem (ok. 500m), Tymbark (obowiązkowo po soku;) W tym momencie zaczął się najtrudniejszy etap tego dnia: podjazd na Przełęcz Słopnicką (766 m n.p.m.). Po kilkunastu kilometrach lekkiego podjazdu kończy się asfalt (tu wcześniej nie podjechaliśmy - było to jedyne 10 km drogi, których nie znaliśmy...) Nie zrażamy się i próbujemy jechać dalej, ale dziury w betonowych płytach i stromość podjazdu zrzucają nas z rowerów... Po ok. kilometrze pojawia się asfalt i pomimo olbrzymiego nachylenia da się jechać. Na szczycie Maćka chwytają skurcze we wszystkich mięśniach ud i łydek ;) Wygląda to dość zabawnie i na szczęście nie trwa zbyt długo. Ruszamy pełni energii (świetny zjazd do Kamienicy) i w mgnieniu oka meldujemy się na przejściu granicznym w Szczawnicy. Po 96 km opuszczamy ojczystą ziemię nie zauważając celników, policji ani innych służb;) Wzdłuż Dunajca to szutrem to asfaltem, omijając pieszych dojeżdżamy do głównej drogi i jedziemy w kierunku Podhoran. Tam po raz pierwszy spotyka nas deszcz (nieopodal przechodzi burza). Około pół godziny spędzamy pod drzewem, a dalej ruszamy na ostania przełęcz dnia (ok. 800 m n.p.m.). Mokrą, dziurawą drogą wspinamy się na górę i zostaje nam już coraz mniej do Spiskiej Beli. Kiedy po 136 km wjeżdżamy do tego miasteczka (grupa Bajkers zawitała tam już drugi raz patrz Słowacja 2003;) znów nadchodzi burza, więc pomimo chęci jechania dalej musimy zakończyć podróż. Na próżno szukamy kempingu czy hotelu (nic się nie zmieniło od 3 lat - najbliższy kemping Rakusy...) Spostrzegamy Caritas i tam szukamy pomocy;) Za grosze śpimy na plebani i regenerujemy siły przed Tatrami Niskimi.
do góry>
Dzien 2
Spisska Bela - Kezmarok- Poprad- Vernar- Murań- Tisovec- Rimavska Sobota- Kurinec
Pobudka o 6 rano szybkie pakowanie i wyruszamy. Pomimo nocnego deszczu jest dość ładnie więc szybko połykamy Keżmarok i Poprad. Za Popradem robi się coraz ładniej zaczynają się coraz ciekawsze zjazdy i podjazdy;) Kierując się w stronę Vernaru zaczynamy powoli podjeżdżać pod górę, gdzie musimy uważać, aby nie poprzejeżdżać romskich dzieci, tudzież sprzedawców borówek, grzybów i malin;) Piękne widoki uprzykrza nam deszcz, który chwilowo przeczekujemy znów pod drzewem. Docieramy do Vernaru, który jest typową, piękną górską miejscowością. Tu odpoczynek i konsumpcja (na tej wyprawie jakość przedłożyliśmy nad ilość: zbożowe batoniki i owoce dostarczały nam wystarczającej ilości węglowodanów;), bo przed nami 5 km podjazdu wg Słowaków 12% (ale oni maja tylko takie znaki...), a wg naszej mapy to ok. 300 metrów przewyższenia. Podjazd był bardzo malowniczy i nie tak bardzo wymagający (przełęcz 1053 m n.p.m.). Zjazd natomiast nie dostarczył nam większych wrażeń (ot, serpentyny...). Dalej znów piękne krajobrazy urozmaicone zjazdami i podjazdami. Szczególnie interesująco wyglądały tory kolejowe malowniczo przecinając góry tunelami lub łącząc wiaduktami. Sielanka (ale nie piękne widoki) skończyły się kiedy opuściliśmy drogę wzdłuż torów i udaliśmy się na sedlo Javorinka (942 m n.p.m., ok. 200m przewyższenia). Krajobraz na tym odcinku był równie ciekawy, a po kolejnym krótkim podjeździe zjechaliśmy najpiękniejszą drogą na wyprawie do Murania (bukowy las, po prawej przepaść, gdzieniegdzie wystające skałki, a co najważniejsze 460 m w pionie w dół!). Minęliśmy jeszcze jedną przełęcz (579 m n.p.m.; na wszystkich premie górskie zdobywał Staszek) i zaczęliśmy nieznacznie, ale za to ciągle, zjeżdżać w dół. Niestety powstrzymała nas burza, która prawie godzinę przeczekiwaliśmy w Hnuście. Stamtąd równinnymi terenami (jak z Polski czy Węgier) udaliśmy się w kierunku Rimavskiej Soboty. Na licznikach ok. 130 km i żadnej perspektywy kempingu, a i niebo wyglądało kiepsko. Skierowano nas za miasto, gdzie miał być kemping... Po wielu przygodach i masie straconego czasu udało się nam znaleźć jakąś gospodę(?) gdzie przekonaliśmy właścicieli by zezwolili nam rozbić namioty. Już w trakcie rozbijania zaczęło mocno padać i przy odgłosach ulewy zasnęliśmy.
do góry>
Dzien 3
Kurinec- Rimavska Sobota- Buzitka- Kalonda/Ipolytarnóc- Szecseny- Balassagyarmat- Vac
Poranek był obiecujący: pomimo licznych cumulusów świeciło słońce, niestety nasze rowery udało nam się wydobyć od gospodarzy ok. 9 i mieliśmy dość duże opóźnienie. Wyruszyliśmy z powrotem do Rimavskiej Soboty a stamtąd drogą krajową na południowy- zachód. Po 56 km dotarliśmy do słowacko-węgierskiej granicy (po drodze nic ciekawego...). Malutkie przejście Kalonda- Ipolytarnóc w środku pola nie było zbyt uczęszczane to też celnicy ku naszemu zdziwieniu, chyba z nudów, wzięli nasze paszporty do sprawdzenia;) Drogą idącą właściwie granicą zmierzaliśmy przez miejscowość Szecseny do Balassagyarmat ;) Węgierski język szybko przypadł nam do gustu poznaliśmy wiele ciekawych słów jak: elelmiszer gyogiszechtar, ruha czy cipo :D . Jak chodzi o ludzi nie spostrzegliśmy specjalnych różnic: w zasadzie wszystko wygląda jak w Polsce. W Balassagyarmat (w skrócie nazywamy to miasto Baaaaa;) tradycyjnie deszcz i można jechać dalej. Ku naszemu zaskoczeniu droga była naprawdę ładna, pagórki rekompensowały osławione już kukurydzę i słoneczniki. Jedynym mankamentem był dość spory ruch i miejscami przeciwny wiatr, ale nie były to rzeczy nie do przeskoczenia. Dość szybko zdaliśmy sobie sprawę, że dojechanie do Budapesztu jest poza naszym zasięgiem (musielibyśmy zrobić ok. 190 km, co oznaczałoby przybycie do stolicy Węgier gdzieś na 23-24...) Wspinając się na przedbudapesztańskie pagórki mogliśmy podziwiać ciekawe widoki jednakże czuliśmy wciąż uciekający czas. Zapadła więc decyzja, że zaczynamy szukać noclegu od Vacu. Wszystkie miejsca noclegowe były jednak zajęte (Vac to piękne miasto nie mieliśmy jednak ochoty na fotografowanie....), a nasz chytry plan spania na bulwarach Dunaju nie mógł dojść do skutku ze względu na tłumy ludzi tam spacerujących... Kiedy już upatrzyliśmy kawałek boiska/łąki trochę na uboczu (ok. godziny 22) podjechaliśmy do....hotelu. O dziwo było miejsce i udało nam się zbić cenę o ponad 50%! Musieliśmy tylko się wyprowadzić wcześnie rano, aby szef nas nie widział ;) Przede wszystkim znużeni udaliśmy się na spoczynek.
do góry>
Dzien 4
Vac- Dunakeszi- Budapeszt
Rano wynieśliśmy się błyskawicznie (przecież Bajkersi prawdomówni są;) i drogą krajową nr 2 jedziemy do Budapesztu. Lekko się zdziwiliśmy kiedy zobaczyliśmy początek miasta już po niespełna 20 km, bo oznaczało to mniej więcej tyle, że spokojnie mogliśmy wjechać do stolicy Węgier już wczoraj... Do miasta wjeżdżamy główną drogą by zjechać z niej na wyspę Margit-sziget. Zdziwiliśmy się ilością ludzi tam przebywających i dopiero wieczorem dowiedzieliśmy się, że odbywały się tam MŚ w pływaniu ;). Na dworcu dopada nas właścicielka mieszkania, które z chęcią wynajmuje turystom i to za przyzwoitą cenę - po chwili wahania (kilka metrów obok wywieszona była tabliczka ostrzegająca przed oszustami oferującymi nocleg na ulicy...) decydujemy się zaryzykować, co okazało się być naprawdę dobrym posunięciem. Całe popołudnie chodzimy po Budapeszcie zwiedzając najważniejsze zabytki. Niespodziewanie Magda spotyka tutaj swojego znajomego, nauczyciela Wojtka :). Miasto wywiera na nas mieszane uczucia: z jednej strony trudno nie zachwycać się wspaniałymi zabytkami, z drugiej jednak niejednolitość miasta powoduje, że wszędzie jest ruch, tłok i w pobliżu każdego zabytku biznesowe nastawienie na turystów. Trudno w takich warunkach znaleźć miejsca, gdzie można poczuć klimat miasta. Wieczorem powtórnie (tym razem rowerami) wyjeżdżamy na miasto, a do mieszkania wracamy już w deszczu...
do góry>
Dzien 5
Budapeszt- Szekesfehervar- Berhida- Balatonfuered- Zenka
Poranek piątego dnia wyprawy bardzo nieciekawy: mżawka i gęste chmury nie wróżą nic dobrego. Dosyć długo wyjeżdżamy z miasta i na jego obrzeżach spotyka nas pierwsza awaria tej wyprawy. Można by powiedzieć, że strzeliła dętka, darujmy sobie jednak eufemizmy: metalowy trzpień przebija z zewnątrz Maćkowi obręcz i rozrywa dętkę :o Do tej pory nie wiemy jak to możliwe, wyglądało to jak strzał z kuszy ;) Wymiana była szybka, ale wiadomym było, że przedziurawiona obręcz da o sobie kiedyś znać. Drogą, gdzie rowerom jeździć nie wolno (każdy kto był na Węgrzech rowerem tak jeździł bo inaczej się nie da) jedziemy do Szekesfehervar, a stamtąd bocznymi drogami w górę rzeki Sed. Ten około 30 km odcinek nad Balaton był najgorszym etapem na trasie: przeciwny wiatr, przelotny deszcz, a do tego wznoszący się teren... W deszczu mijają nas Warszawiacy, którzy oznajmiają że ma "piździć przez najbliższe dni" :( Po kolejnym ataku deszczu docieramy nad Balaton. Tam przywitały nas słońce i ścieżka rowerowa wzdłuż jeziora (ładnie wyasfaltowana). Czasami jednak ścieżka nie trzymała się drogi, ale przejeżdżała samym brzegiem jeziora. Po kilku nadrobionych kilometrach Krętym Ścieżkom mówimy stanowcze: NIE! Przyjmujemy taktykę: ścieżka skręca - my na drogę. Taktyka, choć przebiegła, oprócz zaoszczędzenia kilku kilometrów poskutkowała dwukrotnym zatrzymaniem przez policję;) Naprawdę świetne uczucie kiedy policjant macha lizakiem rowerzyście - polecamy! Sił mamy dużo (w końcu już nie wieje i nie pada więc postęp jest...), ale robi się późno. Tradycyjnie już nie jedziemy na kilometry, ale godziny i 20 wyznaczamy jako koniec podróży. Śpimy tuż nad jeziorem za wioską Zenka czyli mniej więcej w połowie Balatonu. Dystans 164 km.
do góry>
Dzien 6
Zenka- Keszthely- Bak- Redics/Lendava- Ljutomer
Rano wita nas słońce (brawo!), trzymając się taktyki z poprzedniego dnia mkniemy do Keszthely. Stamtąd już tylko ok. 70 km do granicy ze Słowenią. Droga zgodnie z naszymi przewidywaniami, wiedzie pagórkami często zalesionymi. Kilka kilometrów za Keszthely spotykamy autostopowiczów z Krakowa (pozdrawiamy!). Po krótkiej konwersacji okazuje się, że są to znajomi znajomych, a jeden z nich z tymi znajomymi był kiedyś na rowerze w Chorwacji ;) W oddali widzimy burzę i wiemy ze nas nie ominie. Szczęśliwie deszcz dopada nas w lesie jest więc, gdzie przeczekać. Kiedy tak sobie czekamy orientujemy się, że deszcz idzie przeciwnie do kierunku jazdy, więc Drugi Koniec Chmury najszybciej osiągniemy jadąc ;) Mijając węgierskie wioski docieramy do Lenti, z którego do przejścia już tylko kilka kilometrów. Wjeżdżamy pierwszy raz do Słowenii (słoweńskie granice pokonaliśmy w sumie ośmiokrotnie). Początkowo potwierdza się wszystko, co usłyszeliśmy o tym kraju: jest czysto, budynki odnowione, drogi równe... Aby nie jechać drogą, która przechodzi w autostradę zbaczamy trochę na południe i przejeżdżamy 200 m od chorwackiej granicy ;) Krajobraz jest równinny niewielkie wioski rozsiane między polami choć rolnicze wydają się zadbane i czyste. Po przejechaniu w sumie 150 km docieramy do miejscowości Ljutomer, z której ostatecznie nie wyjeżdżamy. Wielkie deszczowe chmury na horyzoncie obierają nam ochotę do dalszej jazdy. Na obrzeżach miasteczka podjeżdżamy do pierwszego domu i prosimy o pozwolenie na rozbicie się (Słoweńcy, szczególnie w średnim wieku, dobrze mówią po niemiecku) Po dość długich rodzinnych debatach otrzymujemy pozwolenie. Namiot rozbijamy w deszczu...
do góry>
Dzien 7
Ljutomer- Videm- Lenart- Maribor- Radlje- Dravograd/Lavamuend- Sankt Peter
Pada przez całą noc, budzimy się więc trochę zniechęceni. Deszcz nie jest bardzo uciążliwy decydujemy się więc jechać. Na całe szczęście po kilkunastu kilometrach opady ustają, a teren robi się coraz ładniejszy. Liczne górki i zjazdy przypominają tereny na pograniczu Pogórza Wielickiego i Beskidu Wyspowego. Malowniczo położone wioski na krańcach lasów powodowały, że bardzo przyjemnie mijały nam kolejne (dość trudne również ze względu na stan dróg) kilometry. Ostatnim wzniesieniem tego dnia było wzgórze przed Mariborem , z którego rozpościerał się piękny widok na miasto i Drawę. Dodatkowo rosły tam całkiem niezłe śliwki i nieco gorsze jeżyny ;). Samo miasto nas rozczarowało: ot mieścina wielkości Bochni ew. Tarnowa. W centrum niby ładnie, ale takich miasteczek po drodze były dziesiątki. Z Mariboru jedną z najpiękniejszych dróg na trasie (słoweńska krajówka nr 1) w górę Drawy zmierzaliśmy w kierunku Austrii. Była niedziela i może dlatego nie minął nas żaden TIR, tak czy owak nawet przewrażliwieni Słoweńcy (cała masa...) nie przeszkadzali nam zbyt swym trąbieniem. Przenosząc trasę na polskie warunki można ją porównać do przełomu Dunajca, tyle tylko, że Drawa prezentuje się okazalej. Prawie 70 km w tym terenie sprawiało olbrzymią przyjemność, a zarazem czuło się, że Alpy już blisko;). W Austrii ruszamy ścieżką rowerową i stwierdzamy, że Słowenii brakuje mniej więcej tyle do Austrii co nam do Słoweńców ;) Szybko też doświadczamy "austriackiego gadania" - na jedno nasze pytanie Austriak potrafi sklecić 10-15 zdań odpowiedzi i powtórzyć je przynajmniej 2 razy. Na kolejne pytanie lekko powiązane z poprzednim, tę samą historię słyszymy jeszcze ze 2 razy :) Jest wiec sympatycznie, ale momentami męcząco. Austriacy dbają również o to, aby rowerzystom się nie nudziło: wspaniały most wiszący (kilkadziesiąt metrów przepaści) na ścieżce czy przejazd bokiem mostu kolejowego nad Drawą (kolejne kilkadziesiąt metrów dziury) potrafią podbić poziom adrenaliny. Ponieważ nie myliśmy się dzień wcześniej, a poniedziałek ma być dniem odpoczynku postanawiamy znaleźć nocleg bez względu na koszty. Ostatecznie ku zdumieniu właścicielki śpimy we trójkę (bez większych problemów) w pokoju jednoosobowym, a płacimy za dwie ;)
do góry>
Dzien 8
Sankt Peter - Voelkermarkt- (pociągiem)Klagenfurt- Grafenstein- Gallizien(Galicija)
Poranek pochmurny, ale widok na Alpy całkiem niezły. Zgodnie z planami postanawiamy odpocząć, udajemy się więc rowerami przez Voelkermarkt do najbliższej kolejowej miejscowości i zamierzamy wsiąść w pociąg do Klagenfurtu (ok. 20km). Pan w kasie choć bardzo sympatyczny trochę niewyraźnie mówił i ciężko było nam się dogadać. Zaskakująco często powtarzał słowo "Bus" my jednak zrozumieliśmy 'szynobus' ;). Ku naszemu zdziwieniu podjechał autobus i kazano nam do niego się wpakować :| Dwa rowery weszły do luku trzeci musieliśmy rozsakwować i przypiąć na tylni bagażnik. Kierowca, który chętnie nam pomagał, wytłumaczył, że tory są w remoncie i jeździ autobus ;) Poza tym ciągle gadał, że mamy już "Verspaetung" - nas to wcale nie dziwiło Verspeatung i tak był dużo mniejszy niż w Gdańsku rok wcześniej, więc powodów do paniki nie było ;) Autobusem udającym pociąg dojechaliśmy do Klagenfurtu. Miasteczko bardzo ładne, z ciekawym centrum. Tradycyjnie przewodnikiem był Staszek i również tradycyjnie jeździliśmy pod prąd, po chodnikach, przejściach dla pieszych... Z Klagenfurtu skierowaliśmy się na południowy wschód, aby mieć jutro bliżej do Bad Eisenkappel, z którego zaczynał się podjazd na przełęcz Seebergsattel (1215m n.p.m.). Przypadkowo jako miejsce noclegu wybieramy miejscowość Gallizien. Okazuje się, że w większości zamieszkują ją Słoweńcy (właściwa nazwa wioski to Galicija) oraz 4 polskie rodziny. Bardzo mili ludzie pozwalają się nam rozbić na łące tuż pod górami. Wizyta w miejscowym sklepie owocuje darmowym pasztetem i bułkami + kilkunastominutową rozmową. Słowianie mieszkający w Austrii to prawdziwie gościnna mieszanka.
do góry>
Dzien 9
Gallizien(Galicija)- Bad Eisenkappel (Zelezna Kapla)- Bad Vellach/Jezersko- Kranj- Ljubljana- Vrhnika
Rano piękna pogoda (w nocy rzecz jasna padało:) Zanim ruszamy na poważnie w drogę podjeżdżamy pod wodospad Wildeenstein Wasserfall, do którego musimy podejść jeszcze 15 minut (rowery zostawiliśmy bez zapięć - w końcu tutaj nie kradną). Widok warty był jednak poświęconego czasu, więc zadowoleni ruszamy w górę. Prawdziwie górska droga o niewielkim ruchu wzdłuż górskiego potoku minęła szybko i po kilkunastu kilometrach meldujemy się w Bad Eisenkappel, czyli słoweńskiej Železnej Kapli. Typowe miasteczko położone w górskiej dolinie na wysokości ok. 600 m n.p.m. Łatwo więc obliczyć, iż do pokonania mięliśmy ponad 600 m w pionie Jak to przed przełęczami: jemy, pijemy i umawiamy się na górze ;) Droga nie jest zbyt stroma za to bardzo kręta. Podczas kilkunastu kilometrów podjazdu jest czas na podziwianie Alp Kamniąko-Savinjskich. Tuż przed granicą (i przełęczą) Maciek i Staszek urządzają sobie sprint, z którego zwycięsko wychodzi Staszek, a którego skutki odczuwają przez najbliższe kilkanaście minut... Magda dociera później... pchając rower (na szczęście tylko ostatnie 800 m). Obciążeń nie wytrzymuje gwint wolnobiegu - jechać się da, ale tylko z góry. Przed nami 30 km do Kranja większość z góry, ale mamy obawy o dalszą podróż. Ostatecznie kawałki po prostym i pod górę Magda przejeżdża na ręcznym holu, a Słoweńcy trąbiący zazwyczaj bez opamiętania, w tej sytuacji wykazują nadzwyczajne zrozumienie (momentami jechaliśmy całym pasem jezdni). Zjazd dał się we znaki również z innej przyczyny: tragiczny stan drogi skutkuje scentrowaniem dziurawej rawki Maćka, a Staszek zauważa, że na łączeniu jego obręcz w tylnim kole lekko się rozeszła :( W Kranju Magda kupuje wolnobieg, a bardzo miły serwisant radzi Staszkowi wymianę obręczy jeszcze na Słowenii. Starając się nadrobić spore opóźnienie jedziemy jedyną logiczną drogą do Ljubljany. Droga z płyt betonowych (jak dawniej przed Wrocławiem) olbrzymi ruch i kierowcy ciągle trąbiący, pukający się po głowach, pokazujący, że będziemy płacić. Nie bardzo widzimy jakąś ścieżkę obok za to faktycznie pojawiają się zakazy dla rowerów. Szczęśliwie jednak dojeżdżamy do Ljubljany, która okazuje się bardzo pięknym miastem. Śpimy już za stolicą, 5 km przed Logatecem na działce jakiejś pani, przy głównej drodze. Po przygodach dzisiejszego dnia nic nam jednak nie przeszkadza i szybko zasypiamy.
do góry>
Dzien 10
Vrhnika- Logatec- Postojna- Lipica/Basovizza- Triest
Kolejny dzień wita nas pochmurnym niebem. Droga pomiędzy krasowymi skałami zmierzamy w kierunku Postojnej. Po drodze liczne podjazdy, deszcz, dalej średni stan drogi i dość duży ruch. Mijamy najsłynniejszą słoweńską jaskinię, jadąc w kierunku Lipicy i granicy włoskiej. Plan zakładał dojechanie do Triestu i w miarę możliwości do Chorwacji. Maciek jedzie z całkowicie scentrowanym kołem (odpięty tylni hamulec), Staszek zauważa ciągłe powiększanie się pęknięcia. Triest staje się dla nas niejako zbawieniem. Wjeżdżamy do Włoch (Magda nie zauważyła Słoweńców, ale dołapalii ją Włosi..:) i od razu w przeciągu 1 km widzimy trzy znaki: Triest 7, Triest 5 , Triest 13 :D Robi się więc coraz śmieszniej, na szczęście również coraz ładniej, gdy z klasycznego, skalistego śródziemnomorskiego wzgórza widzimy Triest "wpadający" do Adriatyku. Długi zjazd do miasta i misja: serwis rowerowy. Znajdujemy w końcu Włocha, który rozumie angielski jednak wieści hiobowe: jest jeden serwis, ale akurat zaczęła się sjesta, więc czekajcie 2 godziny... Postanawiamy w tym czasie zjeść włoską pizzę, znaleźć serwis i pozwiedzać miasto. Zaczyna jednak lać i ponad pół godziny spędzamy pod dachem. Kolejne pół tracimy na znalezienie informacji turystycznej, kiedy tam docieramy okazuje się, że już wszystkie zabytki minęliśmy szukając informacji :) Znajdujemy dość tanią pizzerię tuż koło serwisu. Punktualność nie jest silną stroną Włochów dlatego sjesta kończy się pół godziny później. W sklepie znajduje się ktoś znający angielski i tłumaczy, że serwis tu jest, owszem, ale do sjesty... Jedziemy do drugiego poleconego serwisu. Tam Staszkowi rozłazi się obręcz - nie da się jechać dalej. W drugim sklepie nie chcą nam nic naprawić bo za dużo roboty, bo mają co innego, bo już chyba nie zdążą - porażka, wydawało się, że zostaje nam tylko podróż koleją do jakiegoś najbliższego większego miasta... W końcu koleś w serwisie decyduje się nam jednak pomóc (wyglądało to, jakby ostentacyjne chciał zamanifestować swoją dobroduszność i wyrozumiałość na nieszczęście bliźniego...) - pomoc jednak kosztuje: wycentrowanie - 10 euro, wymiana rawki - 50... W międzyczasie dowiadujemy się, że poza dwoma odwiedzonymi sklepami wszystkie inne są zamknięte, bo jest sezon urlopowy (Włochy to jakiś chory kraj). W trakcie naprawy zaczyna się burza, po końcu której nie przestaje lać. Rowery co prawda naprawione, ale deszcz i późna pora powodują, że wyjazd z miasta nie ma najmniejszego sensu. Biorąc pod uwagę naszą sytuację, nadwątlone budżety i brak jakiejkolwiek nadziei na spotkanie jakichś normalnych Włochów, pozostaje nam już tylko wiara w Boga, tudzież w Jego popleczników... Udajemy się do katedry San Giusto wyciągamy księdza z konfesjonału i kreślimy mu naszą sytuację. Obiecuje pomóc. Po kilkunastu minutach wraca z adresem, gdzie czeka na nas nocleg, a jeśli zdążymy przed 19 to także kolacja. Miejsce okazuje się czymś w rodzaju szpitala psychiatrycznego (lekkiego) lub przytułku dla bezdomnych, prowadzonego przez Caritas. Warunki są świetne, współlokatorzy całkiem normalni;) Chłopcy śpią z Giuliano (pozdro), Magda dysponuje własnym pokojem.
do góry>
Dzien 11
Triest- Basovizza/Kozina- Podgrad/Rupa- Rijeka- Kraljevica- Krk
Rano śniadanie i nieudana próba wciśnięcia opiekunom(?) 10euro. Wyjeżdżamy z miasta dosyć długo (podjazd miał jakieś 400 m przewyższenia...), dodatkowo na drodze jest straszny ruch, gdyż jest to dojazdówka do autostrady. Po kilku kilometrach jesteśmy ponownie w Słowenii. Krajobraz klasyczny czyli górki, skałki natomiast po prawej stronie widzimy góry stanowiące początek Istrii (nie decydujemy się tam jechać, gdyż zależy nam na wybrzeżu chorwackim, a na obydwie rzeczy, szczególnie po przygodach w Trieście, czasu już nie ma). Po ok. 30 km dojeżdżamy do słoweńsko-chorwackiej granicy i po ponad 10 dniach stajemy u celu naszej wyprawy! Za granicą pojawia się słońce i zaczynamy wierzyć w mit zawsze słonecznej Chorwacji. Chorwacja okazuje się znacznie biedniejsza od Słowenii, co rzuca się w oczy już w pierwszych mijanych wioskach. Po dość wysokim podjeździe do granicy, w dół zjeżdżamy praktycznie do samej Rijeki. Ładne miasto nad brzegiem Adriatyku i tysiące turystów zdają się mówić: jesteście na miejscu! Ruszamy droga wzdłuż wybrzeża i ...sielanka się kończy... Niby wiedzieliśmy, że będzie nieciekawie, że droga wąska, ale barierka na wysokości kolana, auta przejeżdżające w odległości < 1m, upał i spaliny powodują, że nic przyjemnego w takiej jeździe być nie może. Szkoda bo widoki były naprawdę ładne przy czym ich kontemplacja mogła zakończyć się tragicznie;) Jadranską Magistralę opuszczamy przy wyspie Krk. Mostem o tej samej nazwie wjeżdżamy na wyspę. Warto tu wspomnieć o charakterystycznej dla Chorwatów prowizorce. Na moście jest ścieżka pieszo-rowerowa o szerokości karimaty +10 cm z każdej strony... Każde wahnięcie kończy się zahaczeniem to o barierkę przy morzu, to o barierkę od strony drogi... Nie wspomnę już, że na moście byli obecni również piesi;) Tak czy owak, po wjechaniu na wyspę krajobraz bardzo ciekawy. Wielkie pustkowie z karłowatymi roślinami (coś jak sosny czy kosodrzewina), milionami kamieni i potężnymi świerszczami. Stan drogi tragiczny, a ruch wbrew pozorom dość spory. Zgodnie z planem docieramy do miasteczka Krk, założonego jeszcze przez Rzymian. Śliczne stare miasto zalane jest jednak niemiecko-włoską falą turystów i trudno je obejrzeć. Dobra rada to przybyć tam późną jesienią lub wczesną wiosną. Może wtedy na klimatycznych wąziutkich uliczkach nie stoją wieszaki z ciuchami, a na zrobienie zdjęcia pustej uliczce nie trzeba czekać 10 minut;) Nocujemy na polu namiotowym na obrzeżach miasta. Na następny dzień planujemy odpoczynek i kąpiel w morzu :D
do góry>
Dzien 12
Krk
Poranek nie jest gorący. Nawet słońca nie ma :( Leżymy trochę na kamiennej plaży, potem trochę na betonowej, a chmury nie ustępują. W końcu decydujemy się na powrót do namiotu (po południu zamierzaliśmy przejechać 20 km do Baąki, skąd rano promem na wyspę Rab). Po drodze zaczyna padać i z przerwami leje... aż do rana. Mamy już serdecznie dość deszczu, a z nudów zjadamy znaczną część naszych zapasów ;) Plany ulegają zmianom: wstajemy po 4 wyjeżdżamy około 5:30 tak aby być o 7 w Baące (o 7:30 odpływa prom).
do góry>
Dzien 13
Krk- Baśka-(prom)- Lopar- Misnjak-(prom)-Jablanac Karlobag- Gospić
Pobudka o 4 rano to nic przyjemnego... Jest całkowicie ciemno, na szczęście nie pada, ale szybki ruch chmur nie wróży nic dobrego. O 5:35 wyruszamy z Krku na południowy wschód. Dość szybko się przejaśnia jednak słońce chowa się za dwoma ponad 500 m wzgórzami, pomiędzy które chcemy się wspiąć. Mniej więcej od 1/3 podjazdu widzimy za sobą granatowe chmury na całym północnym zachodzie i rozdzierające niebo błyskawice. Z przodu natomiast jest coraz więcej promieni słońca... Niby jedziemy w dobrym kierunku, ale nie opuszcza nas wrażenie, że ta olbrzymia burza idzie w naszą stronę. Tuz przed przełęczą zaczyna lekko padać jednak przed nami wciąż piękne wschodzące słońce i dodatkowo zmienia się krajobraz wyspy. Dużo wyższe drzewa, piękne trawiaste wzgórza, w oddali widać Baśkę i morze, gdzieś z boku pokazała się tęcza... Piękny, wspaniały widok szkoda, że zakłócany przed nacierającą burzę. Im bliżej wybrzeża tym więcej deszczu. Na prom wsiadamy w towarzystwie wiatru, paskudnego deszczu i temperatury w granicach 10-15oC... Całą półtoragodzinną podróż płyniemy z burzą. Na wyspie Rab sytuacja się nie zmienia, dlatego też czekamy ok. pół godziny na zapleczu poczty. Tym razem ruszamy w stronę burzy: piękne, granatowe chmury są przed nami. Wyspa Rab początkowo wygląda dużo ciekawiej niż Krk, później jednak wszystko kończy się na krzakach;) Z 21 kilometrowej wyspy jest tylko 15 min. promem do stałego lądu. Korek samochodów oczekujących na wjazd na prom ma jednak ok. 5 km - stąd nasza rada: na chorwackie wyspy lepiej wybierajcie się rowerem;) Wyprzedzamy wszystkich jednak na jednym z zakrętów auta jadące z naprzeciwka lekko nas zaskakują i Maciek (odpięty tylni hamulec, śliska droga, sliki) ląduje na tylnej szybie słoweńskiej Corsy, a rower pod zderzakiem;) Słoweńcy dość długo oglądają auto, ale za rysę na plastikowym zderzaku trudno jakoś żądać odszkodowania... Niemniej znacznie uważniej zjeżdżamy do promu, kupujmy bilet, i już po chwili wspinamy się do Jadranskej Magistrali, biegnącej znacznie powyżej wioski, do której przybija prom. Warto tu zwrócić uwagę na rzecz, o której nigdzie nikt nie pisze: przybrzeżne wyspy (Rab, Pag) od strony północno-wschodniej wyglądają jak po katastrofie nuklearnej, ewentualnie jak Sahara ;) Również krajobraz po stronie lądu się zmienił: potężne góry przypadają nam do gustu, a i ruch na drodze jest mniejszy. Ze względu na ceny promów odpuszczamy sobie Split, za priorytet uznajemy Jeziora Plitvickie. Aby tam dotrzeć podejmujemy karkołomne wyzwanie: wspiąć się na przełęcz Oątarijska Vrata (928 m n.p.m.), a tym samym przeciąć Góry Dynarskie (co dla nas oznacza 900 m przewyższenia!) i dotrzeć do Gospića. Stamtąd planujemy podróż pociągiem do Plitvic, następnie zwiedzenie Jezior i dojechanie już na rowerach do Zagrzebia. Niestety już po 100 m 17 kilometrowego podjazdu zaczyna padać. Leje na całym odcinku i choć pomimo chmur czasami widok na morze był dość ładny nie w głowie było nam fotografowanie :( Całkowicie przemoczeni po ponad półtoragodzinnym podjeździe docieramy na szczyt (tym razem wygrywa Maciek). Osiągnięcie to nie lada: momentami chmury były tak gęste, że robiło się ciemno, deszcz padał coraz mocniej, a temperatura spadła zdecydowanie poniżej 15oC... Kiedy myśleliśmy o zjeździe robiło nam się jeszcze zimniej... Na przełęczy na szczęście był tunel, w którym się zatrzymaliśmy i zniechęceni ruszyliśmy w dół. Przez chwilę wydawało się, że deszcz ustępuje, nic jednak bardziej mylnego - po chwili wjechaliśmy niemal w środek burzy! Tak okropnego zjazdu nikt z nas jeszcze nie przeżył. Na dodatek Maćkowi przetarły się szczęki z przodu. Po drugiej stronie gór zrobiło się biednie i ...swojsko;) Nagle zniknął śródziemnomorski krajobraz, a roślinność do złudzenia przypominała nasza polską. Zmienili się też ludzie: zamiast trąbienia, pozdrowień środkowym palcem i arogancji, spotkaliśmy serdeczność, ciekawość ludzie krzyczeli za nami, machali nam rękami, oferowali nocleg... Kiedy Maciek podjechał pod dach w altance by zapiąć w końcu tylni hamulec, gospodarze zaprosili nas do domu, kazali się nam osuszyć, zrobili herbatę, oferowali papierosy i jedzenie, sprawdzili nam pociągi z Gospića, powiedzieli jaka będzie pogoda (dzięki nim najdłuższe zdanie w relacji), a także dali nam wieczne zaproszenie jeśli jeszcze kiedyś odwiedzimy Chorwację. Prawie godzina spędzona u nich dodała nam animuszu i w kroplach deszczu (niewielkich) wjechaliśmy do Gospića. Już przed miastem widzieliśmy zbombardowane domy, przedziurawione słupy. W mieście (bardzo biednym, jakbyśmy na przełęczy przejechali jakąś granicę...) również trudno było znaleźć nie podziurawiony budynek, który byłby starszy niż kilka lat. Dziesiątki zbombardowanych domów porastała trawa, a dworzec był tak mały, ze przejechaliśmy koło niego, nie zauważając go... Do pociągu mieliśmy ok. 6 godzin, więc w deszczu (a jak inaczej) znaleźliśmy jakąś knajpę gdzie tanio! podawano pizzę. Najedliśmy się i wróciliśmy na dworzec przebrać się w suche rzeczy. Staszek i Magda poszli spać, a Maciek czuwał na poczekalni wielkości przedpokoju w bloku.
do góry>
Dzien 14 i 15
Gospić- Zagrzeb- Graz- Wiedeń - Wieliczka
Nastąpiła zmiana daty więc potraktujmy to jako nowy dzień. Przed druga z trudnościami, ale bez opóźnienia pakujemy się do pociągu, gdzie naciera na nas konduktor. Oczywiście, wbrew temu, co powiedział pan na dworcu, ten twierdził, że za rowery się płaci, a suma jaką rzucił była niemal równowartością ceny za osobę... Po krótkich negocjacjach spuścił o połowę i schował 80 kun do kieszeni... Zapytany czy nikt się nie przyczepi, że nie mamy kwitka na tą "zapłatę" powiedział , że na pewno nie... Tak się też stało - śpiąc na końcu wagonu (rowery w kiblu i przejściu) dotarliśmy do Zagrzebia. Odpuściliśmy Jeziora Plitvickie, bo lać miało przez najbliższe 4 dni, a tyle przeczekiwać nie zamierzaliśmy. W Zagrzebiu wsiedliśmy w pociąg Eurocity do Grazu, gdzie czekał już na nas transport do Wiednia (trzeba wiedzieć jak umawiać się z rodzicami - pociąg na odcinku Graz-Wiedeń kosztował drugie tyle niż z Zagrzebia do Grazu...) Po drodze osobna opłata w Chorwacji i Słowenii za rower. W Austrii natomiast konduktor powiedział nam, że nie dobrze, że nie mamy biletu na rowery (nie dało się kupić, w Chorwacji przewóz rowerów jest nieoficjalny!) i ...wyskoczył z pociągu na najbliższej stacji, a my dotarliśmy do Grazu bez biletu:). Widać brakło na nas paragrafu :D W Grazu pakujemy rowery na samochód i wraz z tatą Maćka jedziemy do znajomych pod Wiedeń. Trwający dwa dni dzień za nami, a rankiem rowerami zwiedzamy Wiedeń. Większość grupy nie znała miasta więc zwiedzamy wszystko: zabytkowe centrum, Hofburg, Prater oraz Schoenbrunn (oczywiście do wnętrz nie wchodzimy...) robiąc tym samym dodatkowe 60km :) Następnego dnia wracamy autem do Polski i wyprawa dobiega końca.
do góry>
Koniec
Jak widać pomimo wielu utrudnień pogodowych udało się nam PRAWIE zrealizować plan:) Zabrakło Jezior Plitvickich, nie jest to jednak sprawa przegrana, gdyż szczególnie ostatniego dnia Bałkany zaczarowały nas swa magią i zamierzamy tam powrócić. Zdecydowanie za krótko mogliśmy bowiem doświadczać tego drugiego oblicza Chorwacji - oblicza dotkniętego wojnami, ukrytego wśród gór, pomiędzy ludźmi, którzy nie żyją ze zdzierania pieniędzy z zagranicznych turystów, a nieznajomych ugaszczają we własnych domach. Oblicza chyba trochę prawdziwszego, niż to widziane z wybrzeża, które sprawia wrażenie, jakby było wystawione na pokaz dla plażowiczów i amatorów żeglugi. Bardzo chcielibyśmy w którejś z następnych wypraw dokładniej poznać Bałkany i ich historię; w chwili obecnej kontynuacja tegorocznej wyprawy, a więc trasa Chorwacja, Serbia, Bośnia, Albania i Grecja (może też Turcja...), jest alternatywą dla dwóch innych przyszłorocznych koncepcji: Kanady i Alp. Co z tego wyniknie przekonamy się za rok, niemniej już na starcie Bałkany mają przewagę przynajmniej na odległość roweru. Z sakwą.
do góry> |