Babie lato na Roztoczu Drukuj
Wpisany przez Maciek   
czwartek, 09 grudnia 2010 18:42

Wstęp

W ostatni weekend września wybrałem się wymazać, jedną z moich białych plam na mapie Polski, a mianowicie Roztocze. Kraina ta opisywana jest jako cicha i spokojna, słynie z niejakich „szumów” na Tanwi, opuszczonych wiosek i ładnych miasteczek. Dla rowerzysty szczególnie atrakcyjnie wygląda pagórkowate ukształtowanie terenu z licznymi wąwozami. Postanowiłem sprawdzić jak to wygląda rzeczywiście i niezrażony zawirowaniami ze składem wyruszyłem na pierwszy quasi samotny wyjazd. Quasi, bo trzeciego dnia dołączyć mieli Staszek i Marek.

Dzień pierwszy: Niech Bóg pana prowadzi!

Odległość : 65km

 
Po likwidacji połączeń PKP dostanie się z większości stron kraju na Roztocze to nielada wyzwanie (podobno od marca 2011 kolej ma tu wrócić). Ja zaryzykowałem podróż PKSem linii Kraków- Zamość. Ten pospieszny autobus (tak miał napisane) kosztował mnie ponad 40zł i do Janowa Lubelskiego (ok. 240km) jechał 6,5h… W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy mój urlop nie skończy się zanim dojadę na miejsce. Udało się jednak szczęśliwie wysiąść w Janowie, w zachodniej części Roztocza. Ruszyłem stamtąd na północ w poszukiwaniu zagubionych wiosek i ścieżek.
 
W okolicach Godziszowa zamiast ciszy i spokoju trafiłem na nowy asfalt i roboty drogowe, dlatego szybko znalazłem jakiś leśny szlak i pierwszym napotkanym roztoczańskim wąwozem dojechałem do Błażka. Niestety z wąwozu wypadłem w środku pól malin, a od drogi oddzielał mnie szpaler domów. Ostatecznie postanowiłem, przejechać na wylot przez jedną ze stodół. Po drodze spotkałem babuleńkę ciągnącą worek z warzywami. Zaniosłem jej worek do stodoły, ona w zamian otwarła mi wrota i znalazłem się z powrotem na asfalcie. Rzucone na dowidzenia „Niech Bóg pana prowadzi!” od razu pozwoliło mi się poczuć jak na wyprawie w Nieznane.
 
Ponieważ większość dnia spędziłem w pospiesznym PKSie, starałem się nadrobić stracony czas, przemknąłem przez malownicze Batorz i Otrocz i ze smutkiem stwierdziłem, że słońce zajdzie już za godzinę. Na rynku w Goraju poszukałem kolacji i, spożywając barową fasolkę, dyskutowałem z miejscowymi o wojennych czasach. Pretekstem był pomnik ku czci mieszkańców Goraja, którzy zginęli w obozach zagłady. Słuchając opowieści o okrutnym gorajskim kapo stwierdziłem, że to już ostatni dzwonek na próbę znalezienia miejsca na spanie przy świetle dziennym. A miejsce musiało być nieliche, bo pierwszy raz nocowałem sam na wyprawie. Pożegnałem, więc kompana, wysłuchałem jego uwag co do drogi na Szczebrzeszyn oraz konieczności odwiedzin podframpolskiej Warszawy i ruszyłem dokładnie w przeciwnym kierunku:)

Dzień drugi: W cieniu wąwozów Piekiełko

Odległość : 101km

 
Rano od miejscowego rolnika dowiedziałem się, że w dolinie był przymrozek- już wiedziałem, czemu było mi chłodnawo w nocy. Z noclegowego pagóra, trzymając się ciągle czerwonego szlaku rowerowego, przez Kondraty zjechałem fajnym zjazdem, a następnie udałem się polną drogę w stronę Radecznicy. Po drodze mijałem cmentarz z I wojny światowej w Zaporzu. Liczne mogiły z różnych wojen nawet laikowi pokazują, że Roztocze jako teren pograniczny nie było nigdy spokojne. W niedalekiej Sąsiadce znajduje się nawet grodzisko z czasów Średniowiecza, będące granicą kraju i punktem wypadowym na Rusi Czerwonej dla pierwszych Piastów. Po minięciu grodziska (nie widać tam nic ciekawego, w trawie brak śladów Chrobrego) pojechałem w stronę Szczebrzeszyna najpierw wąwozem z ułożonymi betonowymi płytami, a potem pomiędzy polami fasoli. Następnie był fantastyczny fragment drogi krajowej nr 74 i zameldowałem się na szczebrzeszyńskim rynku.
 
Ta miejscowość oprócz sfotografowanego chrząszcza wyróżnia się tym, że na kilkuset metrach znajdują się kościoły: katolicki, prawosławny, protestancki i synagoga.
W trakcie mojego pobytu, odbywał się jakiś szkolny bieg dookoła centrum miasta. Porozmawiałem z babcią jednej z uczestniczek, która była bardzo zdziwiona moimi zachwytami nad roztoczańskimi krajobrazami. Na mnie długie pagórki ubarwione licznymi uprawami wywarły świetne wrażenie- super kiedy pola „żyją”, a nie stoją odłogiem jak w wielu miejscach. Dla lokalnych mieszkańców, to tylko ciężka dola.
 
Wracając do Szczebrzeszyna ruszyłem w górę obok żydowskiego cmentarza w stronę Lasu Cetnar. Miała być to jedna z perełek na mojej trasie, zachwalany w sieci las kusił mnie znalezioną na jednym z for historią o duchach, które ponoć nawiedzają tamtejsze wąwozy. A że same w sobie są dość mroczne, to dodanie do tego klimatu oczekującej tam na mnie zjawy w czarnym płaszczu i kapeluszu, lekko podniosło mi ciśnienie. Na moje szczęście dotarłem na miejsce kiedy słońce było w pełni i lekko rozświetlało wąwóz, przez co wyjęte z horroru korzenie drzew wyglądały na uśpione :) Las rzeczywiście był imponujący: duże stare drzewa, głębokie na kilka metrów jary we wprost niezliczonych ilościach.
 
Wśród cieni szukałem tajemniczego ducha, który w opisach przypominał typowego Diabła i pomimo, że niektóre cienie wyglądały podejrzanie, nic nie znalazłem. Zresztą pokonanie tego lasu w dół jest dobrym pomysłem, bo na równiutkich, lessowych drogach można szybko uciekać :) Jadąc w stronę Kawęczynka minąłem mokradła i coraz szerszą drogą dotarłem do zabudowań. Szybki zjazd Lasem Cetnar był najfajniejszym odcinkiem na całej trasie. Jest on fragmentem ciągu wąwozów nazywanego Piekiełkiem- i w pełni zasługuje na tą nazwę, bo skutecznie podnosi temperaturę.
 
W Topólczy napotkałem pierwszą z serii wielu cerkwi (obecnie kościół katolicki) i przez Wywłoczkę dostałem się do Zwierzyńca. Tu na początek drzewo w drodze, obrazek, który zna chyba każdy internauta, potem za radą Artura Pawłowskiego trafiłem na kilka psich grobów w centrum miasta. Po obejrzeniu Kościoła na wodzie (lub w bajorze, jak twierdzą miejscowi) dotarłem do Roztoczańskiego Parku Narodowego.
 
Droga w stronę Florianki wiodła lasem i była trochę nudnawa. Z radością opuściłem więc Park i przez Górecko Kościelne, mijając kolejny malowniczy kościół, dotarłem do następnego punktu na trasie- Czartowego Pola i pierwszych roztoczańskich szumów na rzece Sopot. Ścieżka tam poprowadzona była mało rowerowa, toteż najciekawszego fragmentu chyba nie zobaczyłem i wybierając najbardziej górzystą drogę, trochę okrężnie, dotarłem na noc do Suśca- nie chciałem spać znów w temperaturze bliskiej 0*, więc wybrałem nocleg pod dachem.

Dzień trzeci: Cerkwie Roztocza Wschodniego

Odległość : 102km

 
Wybór Suśca i dalszej części trasy ściśle związany był z popołudniowym spotkaniem z Markiem i Staszkiem. Jako miejsce spotkania wybraliśmy Cieszanów i dlatego musiałem pilnować, by nie zapuszczać się za daleko na wschód. Rano ruszyłem pieszym szlakiem niebieskim, a potem żółtym wzdłuż Jelenia i Tanwi. Pokonanie tych odcinków rowerem jest jak najbardziej możliwe. Od czasu do czasu trzeba jednak popchać rower po piachu, poprzenosić nad i pod ściętymi przez bobry drzewami oraz potaplać się w błocie. Mi się podobało, tym bardziej, że dzięki temu zobaczyłem ponad metrowy wodospad na Jeleniu i słynne szumy nad Tanwią. Okolica jest naprawdę ładna, warto było poświęcić godzinę na pokonanie 6 km w tym krajobrazie.
 
Roztocze Wschodnie, do którego właśnie wkraczałem jest z pewnością najciekawszą historycznie i kulturowo częścią Roztocza. To tutaj spotykały się kultura polska, ukraińska i żydowska, Mołotow budował umocnienia, a co drugiej wiosce są ślady walk narodowych. Szlak starych cerkwi rozpocząłem od Bełżca, gdzie zwiedziłem również nowe muzeum w miejscu niemieckiego obozu koncentracyjnego. W drodze do Woli Wielkiej (kolejna cerkiew) odnalazłem słup graniczny, który wg wskazówek ze strony roztocze.pol.lublin.pl jest prawdopodobnie granicą między Generalną Gubernią a ZSRR. Obecnie przebiega tamtędy granica województw podkarpackiego i lubelskiego.
 
Piękna choć częściowo piaszczysta droga prowadzi od Huty Złomy do Łówczy, za plecami najwyższe wzniesienie polskiego Roztocza Wielki Dział (390,4 m n.p.m.), a przed nami Łówcza. Jest to wieś, która dobrze pokazuje historię regionu: przy wjeździe od wschodu mijamy PGR, dalej trochę domów, nowy katolicki kościół, a z tyłu za szkołą malownicza, grekokatolicka cerkiew. Z rozmarzonego nastroju przebudza mnie rzeczywistość: za kilkadziesiąt minut mam być w Cieszanowie. Oczywiście nie zdążam, ale Marek ze Staszkiem też się spóźniają, więc czuję się rozgrzeszony.
 
Po serdecznych przywitaniach ruszamy na wschód (przyjechaliśmy z trzech różnych stron, a ruszyliśmy w czwartą:) naciskamy mocniej na pedały i stajemy koło zdewastowanej cerkwi w Nowym Bruśnie. W okolicy bardziej ciekawi nas stary grekokatolicki cmentarz, który porósł już las. Wielki obszar nekropolii pokazuje jak duże było kiedyś Stare Brusno, spalone przez Ludowe Wojsko Polskie. Malownicze nagrobki, które od ponad 60 lat niszczeją w lesie to jedno z bardziej klimatycznych miejsc na Rzotoczu. Poprzez bruśnieński kamieniołom docieramy do asfaltu i spotykamy okolicznego sakwiarza, z którym bardzo stromą asfaltową dróżką docieramy do Horyńca Zdroju. Nocleg bardzo szybko organizuje Marek i dzięki uprzejmości lokalnych mieszkańców i pogody pijemy sobie piwko do późnego wieczora…

Dzień czwarty: Wzdłuż wschodniej granicy

Odległość : 72km

 
Rano ruszamy do najbardziej znanej w okolicy cerkwi w Radrużu. Na nasze nieszczęście świątynia ma „godziny zwiedzania”, a my ze Staszkiem mamy pociąg ok. 13 i niestety nie da się tego pogodzić. Rozmawiamy na temat drogi w stronę Huty Kryształowej z rowerową Strażą Graniczną i wsłuchując się w radę by nie jechać za bardzo na wschód bo przekroczymy granicę, ruszamy w las. Od Ukrainy dzieli nas kilkaset metrów, nie jest to jednak szczególnie widowiskowe miejsce: ta część polskiej granicy została bowiem sztucznie wytyczona przez Stalina (polecam ciekawy artykuł na Wikipedii). Po lekkim zgubieniu i ugrzęźnięciu w błocie docieramy do Huty Kryształowej i w ekspresowym tempie przez Basznie dojeżdżamy do Lubaczowa i Olszyc. Marek rusza stamtąd w stronę Wielkich Oczu i dalej na południe zaliczając kolejne gminy, a ja ze Staszkiem jedziemy do Jarosławia na pociąg.

Zakończenie

Wyprawa ta dała mi dużego kopa- udowodniłem sobie, że w swoim własnym towarzystwie czuję się świetnie i mogę jeździć samotnie nie tylko palcem po mapie. Po drugie, odkryłem dla siebie Roztocze, które ląduje u mnie w kategorii ulubionych miejsc. Również przez to, że szybko przemierzane ukrywa wiele ze swojego piękna, a dopiero zagłębienie się w leśne i piaszczyste ścieżki pozwala na prawdziwe poznanie tego kawałka Polski. Obraz udanej wycieczki rowerowej dopełniła fantastyczna pogoda, na którą trafiłem- prawdziwe Babie Lato z gorącymi popołudniami i zimnymi nocami. Jeśli więc będziecie planować kiedyś podróż w te rejony jednego chętnego już znacie :)
Poleć innym:
Zmieniony: piątek, 10 grudnia 2010 20:18