Korsyka i Sardynia '10
| Wyprawa Korsyka i Sardynia- Relacja |
|
|
| wtorek, 30 listopada 2010 00:00 |
WstępWrażenie jakie na nas zrobiła Sycylia w pełni sezonu nie pozwoliło nam na długo odkładać marzeń o dokładnym poznaniu Sardynii i Korsyki- dwóch pozostałych z dużych wysp Morza Śródziemnego. Wiosenne zdjęcia z tych miejsc porównywane z sierpniowa sycylijską półpustynną nie pozostawiły nam złudzeń, którą porę roku wybrać jako czas wyjazdu. Po rozwiązaniu nienajprostszych problemów logistycznych, w oparach wulkanicznego pyłu wylecieliśmy do Pizy by tam rozpocząć naszą wyprawę na Korsykę.
KorsykaCap CorsePo smutnym, deszczowym przywitaniu na lotnisku w Pizie i porcie w Livorno z wielka ulgą powitaliśmy przebłyski słońca nad korsykańską Bastią. Miasto to, drugie co do wielkości na Korsyce, dało nam od razu poglądowy obraz na francuską wyspę: niezbyt bogate, pełne sypiących się kamienic, urokliwych, stromych uliczek, przepięknie ulokowane u podnóży gór. Przemierzając wschodni brzeg widowiskowego półwyspu Cap Corse, który ma jedynie 14km długości, a góry sięgają aż 1300m, mieliśmy idealne warunki do jazdy- ok. 20*C i słońce. Łagodne podjazdy i leniwe zjazdy do kolejnych zatoczek rozbudziły nasze nadzieje i znacznie spowolniły jazdę: jeszcze nigdy tak często nie stawaliśmy by zrobić zdjęcie. Po drodze co kilka kilometrów mijaliśmy kolejne jakby uśpione, kamienne wioski, prawie wolne od turystów. Niestety nie obyło się bez rozczarowań, gdyż okazało się, że wbrew krążącej powszechnie opinii na temat niezależności Korsyki i znajomość języka corsu, nie do końca odpowiada to rzeczywistości. Dlatego musieliśmy zrezygnować z prób porozumiewania się po włosku na rzecz francuskiego, który nie jest dla nas bagietką z dżemem.
Jeden z najlepszych noclegów na wyprawie spotkał nas już pierwszego dnia: tuż poniżej drogi przy zejściu do morza znaleźliśmy opuszczone miejsce. Co więcej okazało się, że przez przybrzeżne skały przepływa najkrótszy, ok. trzymetrowy, strumień świata :) co pozwoliło nam na nieograniczony dostęp do słodkiej wody. Szum fal klika metrów od namiotu- to była dobra kołysanka po 24h podróży.
Typowa korsykańska ok. 400 metrowa przełęcz czekała na nas kolejnego dnia na północnym krańcu Cap Corse. Piękne widoki na obie strony półwyspu zachęcały do dalszej jazdy, tym bardziej, że od zachodniej strony Cap Corse jest dużo bardziej strome. Widoki były fantastyczne, a droga ciągle wspinała się na 100-200m w górę by później zjeżdżać na poziom morza przy ujściu jakiejś rzeczki. Ruch samochodowy praktycznie nie istniał, pomijając autobusy niemieckich emerytów. Po drodze mijaliśmy mnóstwo pięknych skalistych zatoczek, trochę kamienistych plaż, a wszędzie było pusto i cicho. Na koniec dnia zjechaliśmy do zatłoczonego i typowo turystycznego St. Florent, który nijak nie pasował do wcześniejszych Korsykańskich obrazków, na szczęście było to zarazem początek drogi do wnętrza wyspy i jej najpiękniejszych zakątków.
Nebbio, Castagniccia i BalagneAby dostać się do wnętrza wsypy musieliśmy wspinać się przez wiele kilometrów na prawie 900m przełęcz. Ruch na drodze niemal zniknął, asfalt skurczył się do 3m szerokości a przy drodze zaczęły pojawiać się kolejne zwierzęta :) W pięknym wiosennym krajobrazie osiągnęliśmy przełęcz Col de Bigorno, i przed sobą zobaczyliśmy mnóstwo serpentyn. Średniej jakości droga kończyła się urwiskiem- bez żadnych barierek, bez miejsca gdzie mogą minąć się choćby dwa samochody- taki krajobraz towarzyszył nam przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów. Droga znów wymagała od nas ciągłych postojów: co chwile gdzieś pośrodku góry pojawiała się kolejna malownicza wioska. Murato, Lento, Campitello- mijane przez nas miejscowości były ciche i opustoszałe, a z daleka prezentowały się jak wyspy cywilizacji pośród agresywnej korsykańskiej przyrody. Tą część trasy umilały nam stada owiec blokujące drogę przez kilka kilometrów, kiedy w prawdziwym owczym pędzie zmieniały polanę. Na Korsyce można przez wiele kilometrów nie spotkać człowieka, jednak co chwilę spotyka się jakieś zwierzęta. Najliczniejsze są półdzikie świnie, które śpiąc tarasują całą drogę, czy też jak na przełęczy St.Antoine, po wejściu w koalicję z krowami, przejmują jedyne przyjazne rowerzyście miejsce do postoju i zmuszają go do odpoczyku w innym miejscu.
Przez wiele kilometrów nie zmieniał się również charakter mijanych wiosek, a miejsca takie jak La Porta, Croce czy Saliceto, to z pewnością marzenie każdego na spokojną emeryturę. Cudowna górska panorama na inne wnioski, a w środku starodawne kamienne domy i ulice. Jedyne, czego było nam brak to kontaktu z ludźmi. I kiedy zmęczonych szukających miejsca na nocleg zaczepił nas niejaki Pierre i zaoferował kolację oraz nocleg, uwierzyliśmy jak naiwne dzieci. Niestety we wskazanym przez niego miejscu, nikt na nas nie czekał i kontaktu z Korsykanami staraliśmy się już potem nie nadużywać. O wiele bardziej ludzkie były ponure pomrukiwania ubłoconych przydrożnych świń:)
W sercu wyspy, historycznym Corte, dopadł nas pierwszy deszcz w postaci typowo górskiej gwałtownej burzy. Tam też wjechaliśmy do podnóża najwyższego masywu wyspy. Piękne ośnieżone ponad dwuipółtysięczne szczyty, kozie mleko i widowiskowa droga przez region Balagne doprowadziła nas do powszechnie znanego Calvi. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że właśnie opuszczamy najpiękniejszy region na naszej trasie.
Zachodnie wybrzeżeSiedziba Legii Cudzoziemskiej, to bardzo turystyczne miasteczko z supermarketem. Tak, problemy z zaopatrzeniem w zwykłe produkty w normalnych cenach powodowały, że kolejne miejscowości ocenialiśmy również ze względu na przydatność konsumencką. Poza dużym marketem warto wspomnieć o zatoce Golfe de Revellata na zachód od Calvi. Jest to początek zachodniej części Korsyki słynnej z agresywnego, niedostępnego wybrzeża. Wg naszej opinii najciekawszy kawałek rozpoczyna się jednak dopiero od przełęczy Col de Palmarella. Po prawej stronie na cyplu morskim znajduje się dziewiczy rezerwat Scandola, a na południe rozpoczyna się niesamowita droga wykuta pośród czerwonych skał. Jeden z licznych zjazdów przed Porto zakończył się tragicznie dla małej kózki, która patrząc na cud techniki, jakim jest rower, nie wytrzymała napięcia i ku naszemu przerażeniu skoczyła z przydrożnego murku w dół przepaści :(
Jako że nie samym rowerem człowiek żyje, postanowiliśmy zakosztować trochę turystycznego życia. Świetnie sprawdziła się w tym celu plaża Caspio, gdzie spędziliśmy dwie noce. Osłonięta od pełnego morza zatoka z widokiem na Calanches de Piana, była niemal pusta- szkoda tylko, że tegoroczna wiosna była tak zimna, bo temperatura morza nie było zbyt wysoka.
Okolice Porto to bezwzględnie najpiękniejsza część wybrzeża Korsyki: od północnej strony droga fantazyjnie poprowadzona wśród wielkich czerwonych skał, a w dole piękne zatoczki z samym Porto na czele. Po południowej stronie wznosi się natomiast podjazd do miejscowości Piana. Po drodze przez ok. 1,5 km jedzie się wpisanym na listę UNESCO rezerwatem Calanches de Piana. Wywietrzałe skały były pierwszym miejscem poza miastami, gdzie spotkaliśmy większą (czytaj około kilkunastoosobową) grupę turystów. Po minięciu przełęczy, typowo po korsykańsku, nagle i gwałtownie zmienia się krajobraz. Surowe skały przechodzą w zielone, łagodne wzgórza pokryte łąkami.
Południowe wybrzeżeNajmniej ciekawym mijanym przez nas regionem była południowa część wyspy. Podjazdy były mniej efektowne, wybrzeże często piaszczyste, a do tego pogoda wyraźnie się popsuła. Niemniej zwiedzanie największego korsykańskiego miasta Ajaccio w deszczu, czy jazda w chmurach już na 300 m n.p.m miało również swój urok. Z mijanych miejsc wyjątkowe były z pewnością Sartene oraz położone na klifach Bonifacio. Niesamowicie ulokowane miasteczko na południowym krańcu wyspy było najbardziej zatłoczonym miejscem na całej wyspie. Z wąskich uliczek Bonifacio udaliśmy się na prom na Sardynię. Widok na miasto od strony morza jest jeszcze bardziej imponujący i w tym miłym nastroju czekaliśmy na to, co zaoferuje nam Sardynia.
SardyniaCosta SmeraldaA ta zaoferowała nam deszczową pogodę :( Początkowo nie było źle, minęliśmy archipelag La Maddalena, skąpaną w słońcu turkusową Zatokę Arzachena by po dojechaniu na „najpiękniejsze wybrzeże Europy”- Costa Smeralda- zobaczyć jak wygląda ono w trakcie opadów. No cóż wygląda ono niczym Jezioro Rożnowskie, a to nie była dla nas miła informacja. Nie zobaczyliśmy też ani Cristiano Ronaldo, ani Berlusconiego, co więcej nawet jachtów milionerów było jak na lekarstwo. Zasmuceni pokonaliśmy ile sił w nogach odcinek do Olbii licząc na to, że górach pogoda będzie lepsza.
Wnętrze wyspyI pomimo, że pogoda była dalej kapryśna i typowo wiosenna, w polskim znaczeniu słowa wiosna, wybranie drogi przez góry było strzałem w dziesiątkę. Świetne włoskie drogi połączone z niemal zerowym ruchem to dobra informacja dla rowerzysty. Mijane wioski chociaż nie tak malownicze jak na Korsyce i znacznie bogatsze , oferowały nam typowo południowowłoski klimat. Rozmowy z tubylcami w barach, wścibskie spojrzenia i sympatia jaką byliśmy obdarzani zdecydowanie uprzyjemniały podróż. Tym bardziej, że deszcz nie zapominał o nas i po słonecznych porankach następowały popołudnia pod tytułem: 10 minut deszczu, 10 przerwy, 10 deszczu… W tych warunkach podczas szybkiego zjazdu, Magda nie zauważyła uskoku asfaltu i dość mocno upadła. Apteczka, która zawsze była zbędnym bagażem przydała się, a my szybko znaleźliśmy świetny nocleg pod wielkim korkowym drzewem. Uprawianie korku to chyba podstawowe źródło dochodu w tym obszarze, gdyż przemierzając drogę Olbia- Nuoro przez wiele kilometrów jechaliśmy wśród takich gajów. Od Ala dei Sardi niemal w każdej wsi napotykaliśmy inną sardyńską specjalność a mianowicie murale. Tematyka była różna, przeważnie były to jakieś historyczne wydarzenia, napady czy praca w polu. Słynące z murali Orgosolo celowało jednak bardzo politycznie, szczególnie w stronę czerwonych sztandarów, choć nie brakowało też wielu fajnych zabawnych scenek .
Problemem dla rowerzysty na Sardynii może być znalezienie miejsca do noclegu, co może wydawać się dziwne, gdyż na skalistej Korsyce przychodziło to dosyć łatwo. Ogrodzone pastwiska, które stanowią krajobraz sardyńskich gór, często uniemożliwiają rozbicie się poza wioskami. Oczywiście nie jest problemem rozbić się za tym ogrodzeniem, problemem są jednak wieeelkie krowy a raczej byki, z którymi nikt nie chciałby się w nocy spotkać. Z tego powodu wielokrotnie korzystaliśmy z gościnności gospodarzy. Podczas wieczornego smakowania lokalnych potraw nasłuchaliśmy się wielu historii o życiu tubylców. Weryfikując stereotypy dowiedzieliśmy się, że tutejszy język sardo ma się bardzo dobrze i że wszyscy, choć czują się Włochami, na codzień go używają . Z przymrużeniem oka braliśmy historie z przewodnika o gangach i porwaniach na wyspie w okolicach Orgosolo, jednak lokalni mieszkańcy je potwierdzali. Pani z Mamoiady wiele razy ostrzegała nas byśmy nie jechali do Orgosolo określając je jako „złe miasto”, w końcu dowiedzieliśmy się, że wieczorem, na ulicy zastrzelono tam jej syna…
Południe wyspyPonieważ na drugim najbardziej znanym sardyńskim miejscu, Golfo di Orosei też padało, udaliśmy się przez góry na południe w poszukiwaniu słońca. Udało nam się je znaleźć w okolicach Capo Carbonara, gdzie zarządziliśmy dzień opalania. Pusta plaża, na której spaliśmy, wielkie turkusowe fale- to była folderowa Sardynia. Dookoła trwało wielkie remontowanie- za tydzień lub dwa rozpoczynał się sezon, a tymczasem można było samotnie leniuchować na piaszczystej plaży.
Zwiedzając największe miasto na naszej trasie (średnio imponujące) Cagliari, musieliśmy powoli zacząć myśleć o powrocie na północ wyspy i promie na stały ląd. Udało nam się jeszcze zobaczyć pierwsze flamingi, które przyleciały na Sardynię tej wiosny, ciekawe ruiny w Norze i w drodze pociągiem do Olbii, piękny cypel Capo San Marco. Sardynię opuszczaliśmy rozczarowani pogodą i zachwyceni ludźmi.
ZakończeniePierwszy raz wyruszyliśmy na wyprawę wiosną i trafiliśmy na najgorszą pogodę nad Morzem Śródziemnym od 60 lat (jak twierdzili miejscowi czterdziestolatkowie). Pomimo to, jeśli jeszcze kiedyś miałbym wybrać się na te wyspy pojechałbym w tę samą porę roku. Kwitnąca Sardynia, latem zamienia się w półpustynię, a opustoszałą Korsykę nawiedza mnóstwo turystów. Dodatkowo dosyć wymagający teren podczas upału zamiast atrakcją staje się katorgą. Wiosenne Korsyka i Sardynia wydają się być stworzone dla rowerzysty: ciche spokojnie, dobre drogi, wspaniałe widoki i górski, ale nie przesadnie wymagający, teren.
Wszyscy pytają mnie gdzie jest ładniej, którą wyspę polecam, gdzie bardziej nam się podobało. Jednoznacznie rozdzielić się tego nie da. Bardziej widowiskowa i niedostępna jest Korsyka, na łagodnej Sardynii są sympatyczniejsi ludzie i lepsze drogi. Polecam odwiedzenie obu wysp jednocześnie i samodzielne sprawdzenie czemu są tak różne skoro dzieli je tylko 14kilometrów.
Poleć innym: |
| Zmieniony: niedziela, 16 stycznia 2011 22:14 |


Komentarze
Życzę dalszych wspaniałych wypraw rowerowych. Pozdrawiam.