Rumunia '09
| Relacja z wyprawy po Rumunii |
|
|
| poniedziałek, 23 sierpnia 2010 21:28 |
WstępPo pięciu kilometrach stanąłem w cieniu, żeby sprawdzić mapę. Przypadkowo 100m dalej znajdował się drewniany kościółek. Zrobiłem mu zdjęcie, nagle na środek drogi wybiegł zza kościelnej bramy jakiś mały człowiek i zaczął na mnie machać rękami, nawoływać. Był dość niecierpliwy i zaniepokojony, kiedy zatrzymałem się by zrobić jeszcze zdjęcie zdobionego płotu, krzyczał już "FOTO", pokazywał na kościół i otwierał bramę, zachęcał do wejścia do środka. Kiedy podeszliśmy do niego i przywitaliśmy się, on zaczął wcielać w życie swój plan wobec nas. Kazał Magdzie iść za sobą, po kilkunastu metrach stanął- to było najlepsze miejsce na zdjęcie, ani kroku dalej! Potem ustawił nasze rowery przy płotku, wprowadził nas do kościoła i kazał wyjść na chór- obserwował z napięciem nasze twarze. Podoba się? Musi sie podobać! Odprowadził do bramy i pomachał nam na dowidzenia. Witajcie w Rumunii!
MaramureszPagórkowatą, boczną drogą potoczyliśmy się w stronę kolejnych unickich drewnianych kościołów, z których słynie Maramuresz. Jadąc mocno zmęczeni, po nieprzespanej nocy i 9h podróży autem, miedzy furmankami i konwojami ślubnymi docieramy do najwyższej (do niedawna) drewnianej cerkwi świata w Surdesti. Obiekt ten jest wpisany na listę UNESCO, a my o mało go nie minęliśmy na szybkim zjeździe. Było to możliwe gdyż tabliczka była ledwo widoczna, a w sobotnie popołudnie nie było widać ani jednego turysty. Pod kościółkiem siedziała jakaś para i oznajmiła, że kościół zamknięty, bo pop (?) coś tam w środku odnawia. Kiedy skończy? Nie wiadomo: może za godzinę, a może nie, oni poczekają. Obeszliśmy kościół dookoła po zarośniętym cmentarzu i pojechaliśmy dalej, do oddalonego o kilometr kościółka w Plopisu. Tam już w ogóle ciężko było trafić, bo wbrew logice okazało się, że za każdym razem trzeba było skręcać w gorszą drogę :) Pod kościółkiem znowu pustki, a sama świątynia zamknięta. Nagle podeszła jakaś pani z wielkim...kluczem i zaprosiła nas do środka. Zaproponowała wyjście na chór po dość lichej i starej drabinie. Oczywiście skorzystaliśmy i po wchłonięciu specyficznego zapachu wnętrza udaliśmy się dalej by poszukać noclegu.
Kolejne dni w Maramureszu upłynęły nam pod znakiem drewnianych bram i zielonych gór. Bramy te, oprócz swej ozdobnej roli pełnią również inną, nie mniej ważną funkcję- są miejscem spotkań, domem kultury na powietrzu. Klasyczna drewniana brama składa się bowiem z bramy właściwej i niepozornej ławeczki. Im bardziej niepozorna ławeczka tym więcej osób się na niej mieści. Niemal przy każdym domu jest brama i ławka, jednak sąsiedzi najczęściej schodzą sie na jednej. Algorytmu wyboru tej ławki niestety nie odkryłem. Ławeczki te były podzielone na kilka kategorii: damskie/męskie, młodzieżowe/emerytowe czy szachowe/obserwacyjne. Najczęstszym połączeniem były damskie/emerytowe/obserwacyjne dlatego podróż mijała nam na odmachiwaniu wesołym i ciekawym staruszkom. Ławeczki służyły nam również jako punkt informacji turystycznej i wodopój. Wesołe żwawe kobiety opowiadały nam ciekawe historie z których niewiele rozumieliśmy, kiwały ze zrozumieniem głową i życzyły „Drum Bun”. Drogi w Maramureszu były zaskakująco „bun”, szczególnie w porównaniu do innych regionów Rumunii. Piękna tym drogom dodawały jeszcze malownicze wspinaczki na liczne przełęcze i łagodne długie zjazdy w scenerii rozległych pastwisk i lasów. Jednym z nich, w deszczu, dojechaliśmy do znanej wioski Budesti. Miejscowość ta słynna jest z wpisanego na listę UNESCO kościoła oraz podobno wyjątkowych czapeczek. Okazało się jednak, że opisywane w przewodniku „czapeczki z Budesti” są tak naprawdę czapeczkami z Maramureszu, chociaż faktycznie pierwszą widzieliśmy w Budesti. Zapamiętał to też na pewno chłopiec, z którym Magda chciała zrobić sobie zdjęcie. Szedł sobie spokojnie w stroju ludowym z czapeczką w niedzielę popołudniu w towarzystwie babci. Zapytaliśmy o możliwość zrobienia zdjęcia, jednak ponieważ spodnie miał zwykłe, babcia zaciągnęła go za drewnianą bramę(a jakże) i zaczęła szybko przebierać spodnie na ludowe. Przy okazji zrugała go co nieco, poprawiła kilkukrotnie krocze i już po chwili gotowy był do zdjęcia z Magdą. Trudno się dziwić, że na szczęśliwego nie wyglądał.
Podróżowaliśmy dalej malowniczymi dolinami Izy i Viseu, nie mogąc nadziwić się serdeczności i otwartości Rumunów. Już drugiego dnia zaproszono nas na kolację, co ciekawe pani domu wykonywała własnoręcznie ludowe stroje. Zaprosiła więc Magdę do swojego królestwa i pozwoliła przebrać się w strój Maramureszanki :) Dość sporą barierą był jednak język więc aby porozmawiać uruchamialiśmy nieliczne szare komórki. Najbarwniejszą rozmowę stoczyliśmy z mieszkającym w Maramureszu Ukraińcem, który żyjąc 15km od granicy swojego kraju, nigdy w nim nie był, za to zwiedził kawał Europy. Aby wyjaśnić mu wszystkie zawiłości naszej podróży oraz poznać jego barwne życie musieliśmy uciec się do następujących języków: polskiego, rumuńskiego, angielskiego, włoskiego i francuskiego. Co ciekawe nasz rozmówca sam co chwile zmieniał język, gdyż nie w każdym był w stanie odpowiednio przedstawić swoje racje.
Drewniany Maramuresz opuściliśmy pięknym zjazdem z przełęczy Prislop, zwieńczonym świetnym noclegiem na wysoko położonej polanie. Dokoła nas pasły się krowy i owce, a wodę czerpaliśmy z naturalnej studni. Takie noclegi pozostają długo w pamięci.
Bukowina i trochę MołdawiiGłównym celem odwiedzenia Bukowiny były malowane monastyry oraz polskie wsie. Różnicę w stosunku do Maramureszu odczuliśmy dość szybko: ruch na drogach się zwiększył, a co za tym idzie- ich stan się pogorszył. Pierwszym monastyrem do którego zdążaliśmy była Moldovica. Słynna bukowińskie świątynie pochodzące z XV i XVI wieku malowane są w prawosławnym, bardzo mocno odciśniętym na rumuńskiej estetyce, stylu. Ich wyjątkowość polega na tym, że malowane są również na zewnątrz, a same znajdują się w obronnych murach klasztornych. Ponieważ koneserem sztuki nie jestem, skupiłem się bardziej na przekazie malunków. Zachwyciły mnie freski obrazujące świętych… u kresu ich życia. Skąd wiem, że u kresu? Nie musiałem wykazywać się szczególną spostrzegawczością, bo każdy ze świętych ukazany jest w trakcie ścięcia przez niewiernych. Głowy w aureolach spoczywają luźno na ziemi, tułowie pochylone zostają obok. I tak kilkadziesiąt razy, dla każdego świętego osobny malunek, osobny niewierny, miecz, głowa, tułów i aureola. Niesamowite. Na malunkach dużo jest też innych ciekawych rzeczy: pochody świętych, sąd ostateczny, piekło czy filozofowie.
Pomiędzy monastyrami napotykaliśmy przełęcze i ciekawych ludzi. W drodze do Sucevicy poprosiliśmy o wodę pana, który okazał się być Rusinem, a na przełęczy spotkaliśmy Polaka z Nowego Sołońca. Na swej drodze mijaliśmy też już Węgrów, Ukraińców i Cyganów, a spotkać mieliśmy jeszcze Szeklerów i Sasów. Rumunia mieści wiele narodów i osobliwości. Jedną z nich był pasterz-żebrak na przełęczy Ciumarna, który za 1 leja podnosił swojego psa w górę :) O co chodziło- nie wiem.
W Bukowinie wzrosła też jeszcze liczba krów, wieczorami musieliśmy kluczyć między nimi, gdyż przejmowały one drogi na własność idąc bez ładu i składu. Najbardziej jednak zachwyciły nas trzy krowy, które jako film wieczorny oglądały odległy masyw Ceahlau. Trudno było nie skorzystać z takiego nagromadzenia tych inteligentnych zwierząt, więc raz zaczepiliśmy siedzącą przed domem kobietę o możliwość kupna mleka. Pani zaprowadziła nas do najbliższej sąsiadki z krową i dobiliśmy ciekawego targu. 1,5 litra mleka miało kosztować 3 leje, miałem 2 i 10 dałem więc dziesięć co nie zadowoliło sprzedawczyni- po przetrząśnięciu mojego portfela wyciągnęła 2 leje i kazała zaczekać. Wróciła z kilkoma ogórkami, dołożyła je do mleka i kazała wszystko wziąć. Jako, że była mocno zbudowana i jej wzrok nie pozwalał na sprzeciw wziąłem dary i odjechaliśmy :)
Ciekawa historia spotkała nas również w miejscowości Arbore. Mocno denerwujące dzwony monastyru nie chciały przestać bić, w hałasie obejrzeliśmy świątynię i kiedy powoli zbieraliśmy się do drogi, ponad murami klasztoru zobaczyliśmy jakiś pochód z chorągwiami kościelnymi. Wybiegłem więc przed bramę z aparatem, by sfotografować jakiś lokalny zwyczaj i omal nie wpadłem na… wóz z trumną. Tajemniczy pochód okazał się pogrzebem i niejako tłumaczył bijące dzwony. Żałobnicy byli zaskoczeni moim niezbyt udanym występem, podobnie jak ja nimi. Do tego trumna położona na wozie ciągniętym przez przyzdobione konie była odkryta, a zmarły był przykryty tylko białą woalką. Poczułem się trochę jak marny paparazzi :)
Dalsza część podróży wiązała się z polskimi bukowińskimi wsiami. Polacy przybyli tam ok. 300 lat temu z bliskich mi rejonów Wieliczki i Bochni do nowopowstałej kopalni soli w Kaczyce. Do dziś dnia mieszka tam około2 tys osób w ? wioskach. Wioski te leżą na uboczu głównych dróg. Do Nowego Sołońca, największej polskiej wsi, dotarliśmy fatalną kamienistą drogą. Ucięliśmy sobie kilka pogawędek z napotkanymi mieszkańcami, którzy mówili bardzo dobrze po polsku. Kiedy wyjeżdżaliśmy ze wsi dobrą, betonową „drogą Aleksandra” dwóch chłopców krzyczało do nas „dzień dobry”. Zatrzymaliśmy się, porozmawialiśmy chwilę i dowiedzieliśmy się, że chłopcy nie wiedzą o istnieniu Krakowa. Daliśmy im dwie polskie flagi i kazaliśmy dowiedzieć się więcej o Polsce. Niestety nie wiemy czy odrobili zadanie ;)
Pożegnanie z Bukowiną do miłych nie należało. 30km betonowych płyt z szerokimi szparami skutecznie utrudniało drogę. W miejscowości Ostra spotkaliśmy ciekawe ruiny cementowni czy też fragmentu kamieniołomu. Tam również Magdę, która przez cała drogę narzekała na „brak zwierzątka” i chciała przyczepiać owce do bagażnika, spotkała nagroda. Bezdomny pies, którym straszą na polskich forach o Rumunii, zamachał ogonkiem i podążał krok w krok za nami przez 12 km na przełęcz :)
Mołdawię poznaliśmy od strony fatalnej drogi krajowej 17B, gdzie w dużym upale uciekliśmy przez przypadek poznanej wcześniej 7 osobowej grupie polskich sakwiarzy. Tam dopiero zaliczyliśmy pierwszy nocleg na dziko, nad równie dzikim, choć nieco zaśmieconym jeziorem Izvorul. Mogliśmy też z bliska obejrzeć szczyty gór Ceahlau, które w porze wieczornego filmu oglądaliśmy kilka dni wcześniej z krowami. Żelaznym punktem naszej trasy był wąwóz Bicaz. Pomimo że na Bałkanach widziałem już wiele kanionów, to wyrastające nagle kilkusetmetrowe skały, rwący potok i bardzo trudny podjazd wąwozu Bicaz wywarły na mnie duże wrażenie. Minusem są wszechobecne tandetne kramy i prawdziwe tłumy turystów. Potem jeszcze kilkanaście km w górę, przełęcz i zjeżdżamy do Siedmiogrodu…
SiedmiogródSiedmiogród czy też Transylwania, to chyba najbardziej znany rumuński region. Szczególnie ze względu na Drakulę, liczne zamki i warownie. Jest on też ziemią utraconą Węgrów, którzy władali nim przez ok. 1000 lat i utracili go na skutek tragicznej dla nich I wojny światowej. Jednak już przed nią liczba Węgrów i Rumunów na tych ziemiach była niemal równa, a do tego mieszkali tu również Sasi(Niemcy) i Szeklerzy(Węgrzy). Geograficznie Siedmiogród jest wyżyną wciśniętą w łuk Karpat i w jego granicach pokonaliśmy tylko trzy, nieszczególnie wymagające górskie przełęcze.
Pierwszym podregionem była Harghita zamieszkana w większości przez Szeklerów. Poza nielicznymi malowanymi na zielono-czerwono bramami, Kauflandem w Odorheiu Secuiesc(pierwszym dużym sklepem napotkanym od Baia Mare) i malowniczemu podjazdowi na przełęcz Sicas region szczególnie nas nie zachwycił. Stanowi on jednak miejsce na wakacyjne wycieczki mieszkających za zachodnią granicą Węgrów, których samochodu stanowiły ok. 75% wszystkich aut.
Ponieważ zdecydowaliśmy się odpuścić okolice Braszowa i zamku Drakuli, głównym naszym celem stało się zwiedzenie Saksonii Siedmiogrodzkiej. W ten sposób nazywany jest region, który zamieszkiwali Sasi, tworząc miasta charakterystyczne dla zachodniej Europy.
Najbardziej znanym z nich jest Sighisoara słynąca ze średniowiecznego górnego miasta. Pechowo dla nas, podczas naszej obecności odbywał się tam festiwal średniowieczny i na niektórych ulicach starego miasta trudno było się poruszać. Zdecydowanie piękniejszym wg nas miastem jest Sibiu zwane po niemiecku Hermanstadt. Zresztą Saskie wpływy tam są tak duże, że nawet obecnie prezydentem tego miasta jest Niemiec. Świetny rynek, piękne kościoły, cerkwie, a także mury obronne miasta, zwiedzaliśmy wieczorem pieszo i rano rowerami i nie żałowaliśmy żadnej ze spędzonych tam chwil. To miasto ma swój klimat i duszę porównywalną z Sarajewem czy Krakowem.
Charakterystyczne dla Siedmiogrodu są również protestanckie kościoły warowne. Odwiedziliśmy 4 z nich w bardzo różnym stanie, jednak wszystkie były wyjątkowe. Najmilej wspominamy ten w Christian pod Sibiu. Po wejściu w obręb murów podszedł do nas starszy pan i zapytał czy mówimy po niemiecku. Po czym przedstawił się: „Ich bin Sachs, nicht Deutsche, Sachs!”. Przedstawił nam też szybko sytuację etniczną wioski: 20 Sasów, 1000 Rumunów, kilka zromanizowanych cygańskich rodzin i 12 bocianów. Następnie wyprowadził nas na poddasze kilkuset letniej, 50 metrowej dzwonnicy i próbował uruchomić 200letni zegar który zepsuł się kilka lat temu. Będąc na górze przypomnieliśmy sobie, że nasze rowery stoją w bramie z portfelami, paszportami itd. Jednak plan Sasa był inny, zresztą jak powiedział, jego rower też tam zawsze stoi i nikt go nie ukradł :) Po obejrzeniu wspaniałego widoku na góry Cindrel i Fogarasze ruszyliśmy na północ by domknąć pętlę.
Transylwania ma kilka wad, najbardziej uciążliwe dla rowerzysty są mała sieć dróg, przez co główne są zniszczone i ruchliwe oraz duża liczba turystów. Zasadniczo nie zmienia się nic jeśli chodzi o ludzi: serdeczność jest taka sama jak na północy. Rumuni ostrzegają też przed cygańskimi osiedlami/wioskami i w celu uniknięcia kontaktu z nimi zapraszają na swoje włości na noc. Wyjątkowe miłe spotkanie mieliśmy z rodziną napotkaną kilka kilometrów za Albą Julią. Udostępniono nam miejsce w ogrodzie w towarzystwie świń, królików, kogutów, kóz… po czym zaproszenie zostaliśmy do domu, tam kosztowaliśmy rumuńskich potraw rozmawialiśmy o wszystkim, nawet o korupcji w piłce bo akurat w TV leciała relacja z zatrzymania jakiegoś rumuńskiego działacza :)
EpilogRumunia była dla nas krajem kryzysowym, opcją rezerwową wynikłą na skutek krótkiego urlopu i drogiego euro. W środkowo- północnej części kraju spędziliśmy jednak wspaniałe dwa tygodnie. Przebijając przez zamieszkane przez pasterzy Karpaty trafialiśmy na niesamowite ciepło i serdeczność Rumunów. Okryliśmy prawdziwą mozaikę charakteryzującą ten kraj, na którą składają się liczne narody, religie, różne regiony z odrębnym folklorem i tradycją. Okazało się, że niedaleko jest jeszcze kraj gdzie strój ludowy to nie obciach, a program z ludową muzyką oglądają ludzie w każdym wieku. Z chęcią wrócimy do Rumunii, dlatego że niewiele jest jeszcze miejsc, gdzie obecność turysty sprawia przyjemność opiekunom zabytków, z tego tylko powodu, że można mu coś pokazać i opowiedzieć, nielegalnie wprowadzić na wieżę czy ucieszyć się, że ktoś naszą wioskę chce obejrzeć. Poza tym jest w Rumunii wiele miejsc, które ominęliśmy. Fajnie byłoby przebić się przez wysokie Fogarasze na południe czy znowu móc z jednej przełęczy obserwować kolejne góry, które będziemy pokonywać za dzień dwa i trzy.
Poleć innym: |
| Zmieniony: sobota, 19 lutego 2011 20:28 |
Dodaj komentarz

